"Kupiec z karawany"
Miesiąc maj stanowił przejście między wiosną a latem.
Zapach kwiatów wypełniał powietrze, ogromne góry pozostawały wiecznie zielone, a światło słońca stopniowo zaczynało uwalniać swoją żarliwą stronę.
Pod czystym, lazurowym niebem białe obłoki płynęły niczym wata.
Na Górze Qing Mao bambusowy las stał prosto niczym włócznie, wskazując ku błękitnemu niebu, jak zawsze. Chwasty rosły dziko wszędzie, a nieznane odmiany dzikich kwiatów usiane były pośród gęstwiny trawy. Gdy wiał lekki wiatr, dzika trawa kołysała się to w tę, to w tamtą stronę, a ciężki zapach kwiatowego pyłku i woń zielonej trawy uderzały w podróżnych.
W połowie zbocza góry rozciągała się ogromna liczba tarasowych pól. Warstwa po warstwie, stopień po stopniu, posadzone były delikatne, zielone kiełki pszenicy. Z daleka przypominało to bujne, zielone morze.
Na tarasowych polach uwijali się liczni rolnicy, pochłonięci pracą. Niektórzy czyścili kanały, by skierować wodę do nawadniania pól, inni podwijali spodnie, stojąc w polu i sadząc kiełki.
Ci ludzie byli naturalnie wszyscy śmiertelnymi obcymi, gdyż członkowie klanu Gu Yue nigdy nie wykonywaliby tak podłych prac.
Dzyń, dzyń…
W wiosennym wietrze dało się słabo usłyszeć dźwięk wielbłądzich dzwonków.
Rolnicy wyprostowali się, kierując się w dół góry, by ujrzeć karawanę poruszającą się niczym barwny robak z boku góry, powoli ukazującą swą głowę.
— To karawana kupiecka!
— Tak, jest już maj, to najwyższy czas, by karawana przybyła.
Dorośli natychmiast zorientowali się w sytuacji, a dzieci przerwały zabawę z wodą i gliną w dłoniach. Razem, pełni energii, ruszyli w stronę karawany.
Południowa Granica liczyła sto tysięcy gór — Góra Qing Mao była tylko jedną z nich. Na każdej górze znajdowały się kolejne wioski, utrzymywane przez wszystkich dzięki więzom krwi i pokrewieństwa.
Pomiędzy górami lasy były głębokie i złowrogie, klify strome i pełne niebezpiecznie spadających kamieni. Dodatkowo, w skomplikowanym otoczeniu lasu zamieszkiwała ogromna liczba drapieżnych bestii i osobliwych robaków Gu.
Śmiertelnicy w ogóle nie mogli przez to przejść. Trudno było pokonać te przeszkody w pojedynkę, trzeba było być co najmniej Mistrzem Gu trzeciej rangi.
Z powodu ubogiej gospodarki handel był trudny. Toteż najważniejszą formą handlu były karawany kupieckie. Jedynie organizując grupę kupiecką na tak dużą skalę, Mistrzowie Gu mogli zjednoczyć siły, by sobie nawzajem pomagać, pokonując trudności na szlakach podróży i przemierzając od jednej góry do drugiej.
Przybycie karawany kupieckiej przypominało miskę wrzącej wody wylaną na spokojną i sielankową Górę Qing Mao.
— Przez wszystkie te lata przybywali w kwietniu, lecz w tym roku dotarli dopiero w maju. Przynajmniej już tu są. — Właściciel gospody wydał z siebie głębokie westchnienie, słysząc tę wieść. Interesy gospody były słabe w pozostałych miesiącach, więc jedynie przybycie karawany pozwalało mu zarobić wystarczająco, by przetrwać cały rok.
Zarazem w jego magazynie znajdowało się nieco zielonego bambusowego wina, które mógł sprzedać kupcom z karawany.
Poza gospodą, interesy w karczmie również miały rozkwitnąć w rezultacie.
Kupcy karawany wchodzili do górskiej wioski Gu Yue jeden po drugim, prowadzeni przez Skarbną Mosiężną Ropuchę. Ta ropucha miała dwa i pół metra wysokości, całe jej ciało było barwy pomarańczowo-żółtej. Grzbiet ropuchy był gruby i pełen brodawek i guzów. Przypominał grudki brązowych gwoździ na starożytnych bramach miejskich.
Na grzbiecie Skarbnej Mosiężnej Ropuchy grube liny przywiązywały mnóstwo towarów. Na pierwszy rzut oka wyglądało to, jakby ropucha dźwigała gigantyczny plecak.
Mężczyzna w średnim wieku, o okrągłej twarzy pełnej blizn po ospie, siedział ze skrzyżowanymi nogami na grzbiecie ropuchy. Był otyły, o dużym brzuchu. Oboje jego oczu zwężało się w szparki, gdy się uśmiechał. Złożył dłonie, pozdrawiając otaczających go mieszkańców Wioski Gu Yue.
Ten mężczyzna nazywał się Fu, z klanu Jia. Jego kultywacja sięgała czwartej rangi, i to on był przywódcą tegorocznej karawany kupieckiej.
Skarbna Ropucha skakała lekko naprzód, lecz Jia Fu, siedzący na jego głowie, pozostawał stabilny i pewny. Gdy ropucha skakał, jego wysokość zrównywała się z oknami na drugim piętrze budynku. Nawet gdy wracał na ziemię, wciąż znajdował się na wysokości większej niż pierwsze piętro bambusowych budynków.
Pierwotnie przestronne ulice nagle stały się dość zatłoczone i wąskie. Skarbna Mosiężna Ropucha przypominał bestię, która wtargnęła w sam środek wielkiej liczby bambusowych domów.
Za skarbną ropuchą szedł ogromny, tłusty robak. Miał dwoje oczu przypominających wielobarwne szklane okna, o jasnych i wspaniałych barwach. Robak mierzył piętnaście metrów długości, jego kształt ciała przypominał jedwabnika. Mimo to powierzchnię robaka pokrywała gruba warstwa czarnej, porcelanopodobnej skórzanej zbroi. Na zbroi spoczywał kolejny obfity stos towarów i kupieckiego mienia, przewiązany konopnym sznurem. Pomiędzy szczelinami i przerwami między towarami siedzieli jeden po drugim Mistrzowie Gu, niektórzy starzy, niektórzy młodzi.
Byli też śmiertelnicy — krzepcy i muskularni wojownicy, powoli poruszający się po ziemi, podążając za tłustym, czarnym chrząszczem.
Za tłustym chrząszczem szły strusie o jaskrawo ubarwionych piórach, owłosione górskie pająki, skrzydlate węże z dwiema parami upierzonych skrzydeł i tym podobne. Mimo to było ich niewiele, większość stworzeń stanowiły ropuchy.
Te ropuchy przypominały wszystkie Skarbną Mosiężną Ropuchę, lecz były mniejszych rozmiarów, o budowie zbliżonej do krów i koni. Ropuchy dźwigały towary i ludzi, ich brzuchy wydymały się, gdy podskakiwały naprzód.
Karawana kupiecka wiła się głęboko w głąb wioski.
Dzieci na drodze przyglądały się z ciekawością, szeroko otwartymi oczami, wykrzykując z radości lub okrzykami zdumienia.
Okna na drugich piętrach otwierały się jedno po drugim, mieszkańcy górskiej wioski obserwowali kupców z niewielkiej odległości. U niektórych w oczach błyskał strach, inni machali rękami, wyrażając ciepłe powitanie.
— Stary bracie Jia, przybyłeś nieco później w tym roku, musiałeś mieć ciężką podróż. — Zbliżając się z pozycją naczelnika klanu, Gu Yue Bo wyszedł osobiście, by powitać przywódcę tegorocznej karawany kupieckiej.
Jako że Jia Fu posiadał status Mistrza Gu czwartej rangi, gdyby starszy trzeciej rangi miał się zająć jego przyjęciem, byłoby to bez wątpienia postrzegane jako pewien rodzaj zaniedbania i lekceważenia.
Jia Fu złożył dłonie i westchnął: — Ta droga w tym roku była raczej niekorzystna. Po drodze natknęliśmy się na grupę Ukrytych Krwawych Nietoperzy i straciliśmy sporo dobrych ludzi. Potem na Górze Jue Bi natrafiliśmy na górską mgłę i nie odważyliśmy się w ogóle kontynuować podróży. Toteż opóźniliśmy się o dość długi czas, i sprawiliśmy, że bracie Gu Yue musiałeś dość długo czekać.
Mówiąc to, ich tony były bardzo uprzejme.
Wioska Gu Yue potrzebowała co roku karawan kupieckich, by przybywały handlować, a karawana kupiecka również potrzebowała interesów, by zarabiać pieniądze.
— Heh heh heh, wystarczy, że zdołałeś przybyć. Proszę, klan przygotował jedzenie i wino, pozwól, że wydam na twoją cześć powitalną kolację, stary bracie. — Gu Yue Bo wyciągnął dłoń, mówiąc zapraszająco.
— Naczelnik klanu jest zbyt uprzejmy, zbyt uprzejmy. — Jia Fu był zaszczycony.
Karawana kupiecka dotarła do granic Góry Qing Mao wczesnym rankiem, a do popołudnia rozłożyła się już w Wiosce Gu Yue. Gdy nastał zmierzch, okolice wioski przekształciły się w rozległy obszar tymczasowych sklepów i straganów. Wzniesiono wszelkiego rodzaju wysokie namioty w kolorach czerwonym, niebieskim, żółtym i zielonym, a każdy skrawek przestrzeni między namiotami wypełniony był licznymi małymi straganami ulicznymi.
Zapadała noc, lecz okolica wciąż była jasno oświetlona.
Niekończący się strumień przechodniów napływał do tego obszaru z wioski. Byli tam zarówno śmiertelnicy, jak i Mistrzowie Gu. Małe dzieci podskakiwały wokół w wysokich nastrojach, a dorośli okazywali wyraz radości, przypominający obchody święta.
Fang Yuan poruszał się wraz z tłumem, idąc samotnie.
Tłum tętnił aktywnością, grupy ludzi bądź otaczały stragany, bądź nieustannie wpływały i wypływały z wejść namiotów.
Otoczenie wypełnione było okrzykami kupców zachwalających swoje towary.
— Chodźcie, chodźcie, spójrzcie. Najwyższej jakości cegiełki herbaty Błękitnego Morskiego Obłoku, picie tej herbaty sprawia, że stajesz się radosny niczym wróżka! Nawet jeśli to nie człowiek pije, można jej użyć do karmienia i hodowli Gu herbacianego, to towar o niskiej cenie w stosunku do wartości. Jedna sztuka kosztuje jedynie pięć Pierwotnych Kamieni!
— Gu Brutalnej Siły Rogatego Chrząszcza, Mistrz Gu, który używa tego Gu, będzie w stanie wyzwolić siłę krowy. Możesz odejść, ale nie będziesz żałować!
— Trawa Zażyłości, wysokiej jakości Trawa Zażyłości. Wszyscy spójrzcie na tę jakość, świeża jakby dopiero co zerwana. Jeden kattie za dwa Pierwotne Kamienie, bardzo niska cena…
Gdy Fang Yuan to usłyszał, jego kroki nieznacznie się zatrzymały, po czym podążył za dźwiękiem i podszedł bliżej.
Zobaczył strusia ciągnącego dwukołowy wózek ręczny. Na wózku spoczywał stos pastelowozielonych ziół. Każde źdźbło trawy miało metr długości, smukłe i wydłużone. Ich przeciętna szerokość wynosiła mniej więcej tyle, co paznokieć. Na niektórych spiczastych czubkach trawy rosły czerwone, sercowate pąki kwiatów.
Trawa Zażyłości była jednym z rodzajów dodatkowego pokarmu dla robaka Gu, jej wartość wynikała z faktu, że mogła być łączona z kilkoma innymi rodzajami pokarmu, by karmić robaka Gu.
Na przykład Fang Yuan musiał podawać dwa płatki kwiatu przy każdym posiłku Gu Księżycowemu podczas karmienia. Gdyby domieszał źdźbło Trawy Zażyłości, Gu Księżycowe najadłoby się do syta, zjadając zaledwie jeden płatek.
Trawa Zażyłości kosztowała jedynie dwa Pierwotne Kamienie za kattie, podczas gdy płatek księżycowej orchidei kosztował jeden Pierwotny Kamień za dziesięć sztuk. Po prostym obliczeniu można było stwierdzić, że domieszanie Trawy Zażyłości do karmienia Gu byłoby bardziej opłacalne.
„Pół miesiąca temu, ponieważ użyłem Gu Księżycowego w akademii, by zabić Gao Wana, ukarano mnie grzywną trzydziestu Pierwotnych Kamieni. Mimo to ród Mo później zapłacił mi trzydzieści Pierwotnych Kamieni jako rekompensatę, więc tak naprawdę nie poniosłem żadnych strat. W ostatnich dniach grabiłem dwukrotnie, moja łączna liczba kamieni wynosi sto osiemnaście. Mimo to ostatnio nieustannie zużywałem esencję, by rafinować Pierwotną Esencję środkowego etapu i odżywiać cztery ściany mojej Apertury, i zużywałem po trzy kamienie dziennie. Doliczając koszty karmienia Gu, moje własne codzienne wydatki i sukcesywne zakupy zielonego bambusowego wina, mam obecnie przy sobie dziewięćdziesiąt osiem sztuk."
Odkąd Fang Yuan zabił człowieka, okrutny i bezwzględny wizerunek głęboko zakorzenił się w sercach uczniów, i przez pewien czas nikt nie odważył się mu rzucić wyzwania. To sprawiło, że jego grabieże stały się znacznie łatwiejsze, gdyż za każdym razem jedynie garstka odważała się stawiać opór.
Fang Yuan obliczał w duchu, po czym przeniósł wzrok i ruszył dalej, w głąb rozłożonych tymczasowych sklepów.
Stragan z Trawą Zażyłości otoczony był grupą ludzi. Wszyscy byli albo Mistrzami Gu, albo uczniami, trzymając w dłoniach Pierwotne Kamienie, wykrzykując i pchając się, by ją kupić.
Nie żeby Fang Yuanowi brakowało pieniędzy na zakup Trawy Zażyłości, po prostu nie miał na to czasu.
„Jeśli pamięć mnie nie myli, ta Ropucha Błotnej Skóry powinna być w tamtym sklepie. W moim poprzednim życiu pewien Mistrz Gu zdobył ją, obstawiając w grze hazardowej pierwszej nocy, i dzięki temu zarobił ogromną fortunę. Muszę się pospieszyć, nie mogę stracić wielkiej szansy, próbując zaoszczędzić odrobinę."